top of page

Kiedy stajesz się niepełnosprawnym.(AI)

Zapytałem Ai . co byś zrobiła( ł)


Osoba z niepełnosprawnością leży w łóżku

Co zrobię, kiedy życie nagle skręca w inną stronę?


Leżę i wiem już, że nogi ,,nie wrócą". Pierwsza rzecz, którą muszę sobie uczciwie powiedzieć, to że nie ogarnę tego w jeden dzień. Nie ma sensu próbować, bo to nie jest problem do rozwiązania, tylko sytuacja, w której muszę nauczyć się żyć. Zaczynam od oddzielenia tego, na co mam wpływ, od tego, na co nie mam żadnego wpływu. Nie cofnę wypadku i nie naprawię rdzenia siłą woli. Mogę się wkurzać i mogę się załamywać, ale to nic nie zmieni. To jest twarda ściana i im szybciej przestanę w nią walić głową, tym więcej siły zostanie mi na rzeczy, które da się zrobić. Na początku tych rzeczy jest niewiele, ale to „niewiele” jest wszystkim. Ogarniam siebie tu i teraz i sprawdzam, jak leżę, jak siedzę przy pomocy łóżka i czy jestem w stanie się podeprzeć albo przesunąć. To brzmi banalnie, ale to są fundamenty i bez tego nie ma żadnej niezależności. Zaczynam poznawać swoje ciało od nowa, trochę jak dziecko, które uczy się podstaw. Nie porównuję się do tego, kim byłem wcześniej, bo wtedy zawsze przegram. Kiedy stajesz się niepełnosprawnym nie porównujesz się do siebie z wczoraj i to jest jedyne sensowne odniesienie. Nie pytam lekarza, czy będę chodził, bo odpowiedź już znam. Pytam o to, co dokładnie oznacza mój poziom uszkodzenia, co będę w stanie robić sam, gdzie będę potrzebował pomocy, jak wygląda realna droga rehabilitacji i na co muszę uważać, żeby nie pogorszyć sytuacji. Z tych odpowiedzi zaczął bym budować plan. Zadałbym sobie też pytania, czy chcę odzyskać kontrolę nad swoim życiem, czy oddać ją innym, czy chcę być bierny, czy chcę coś z tym zrobić i na ile jestem gotowy uczyć się od nowa. Nie chodzi tu o wielkie deklaracje, tylko o uczciwość wobec siebie. Mogę powiedzieć, że dam radę, albo nic nie robić, albo mogę powiedzieć, że się boję, ale spróbuję.

Robię prosty rachunek i patrzę, co mam, a czego nie mam. Mam sprawne ręce, mam głowę, która działa, mam ludzi wokół i mam dostęp do rehabilitacji. Nie mam kontroli nad nogami, nie mam pełnej niezależności na start i nie mam pewności, jak to wszystko się ułoży. Skupię się na tym, co mam, bo to mogę wykorzystać. Jeśli mam ręce, to mam ogrom, bo mogę się. lub będę mógł się przemieszczać, obsługiwać wózek, pracować i funkcjonować. To jest baza.

W relacjach muszę być szczery, bo rodzina chce dobrze, ale czasem pomaga za bardzo i robi wszystko za mnie. Jeśli się na to zgodzę, to szybko stanę się zależny. Ustawiam zasadę, że pomagają mi tam, gdzie naprawdę nie mogę, a tam gdzie mogę, próbuję sam. To jest trudne dla obu stron, bo bliscy się boją i nie wiedzą, jak się zachować. Część ludzi znika, część zostaje i to jest naturalna selekcja. Zostają ci, którzy potrafią być obok bez robienia ze mnie projektu do naprawy.

Oparłbym się na kilku osobach, a nie na tłumie. Potrzebuję dobrego fizjoterapeuty, który uczy życia, kogoś, kto już przez to przeszedł i jednej bliskiej osoby, która ogarnia emocje i trzyma pion. Patrzę na siebie uczciwie i widzę swoje mocne i słabe strony. Jeśli jestem uparty, to jest moja przewaga, a jeśli szybko się poddaję, to będzie problem. Jeśli potrafię prosić o pomoc, to zyskuję, a jeśli wszystko duszę w sobie, to będzie mi ciężej. Nie udaję kogoś, kim nie jestem, tylko wykorzystuję to, co mam najlepszego. Zastanowiłbym się też, gdzie jestem jeszcze potrzebny, bo poczucie bycia potrzebnym ma ogromne znaczenie. Dalej mogę być partnerem, synem, człowiekiem do rozmowy i mogę pracować, nawet jeśli inaczej niż wcześniej. Moja rola się zmienia, ale nie znika. Nie mówię sobie, żeby myśleć pozytywnie, tylko dzielę dzień na kawałki, skupiam się na jednym zadaniu i robię coś, co daje mi poczucie sprawczości. To mogą być małe rzeczy, jak samodzielne przesiadanie się czy ogarnięcie wózka. Największym wrogiem jest bezczynność. Nie robię planu na pięć lat, tylko na trzy etapy, czyli przetrwać i ogarnąć podstawy, odzyskać maksymalną niezależność i zbudować życie na nowo. Na tym etapie to wystarczy. Nie muszę mieć odpowiedzi na wszystko. Wystarczy, że mam kierunek i jedną decyzję, że jeszcze nie kończę tej historii.



Osoba w wózku inwalidzkim

CZĘŚĆ 2: Kiedy emocje opadną i zostaję sam ze sobą


Mija trochę czasu i zaczynam widzieć, jak wygląda mój dzień. Wiem już, gdzie jestem zależny, a gdzie zaczynam mieć kontrolę i nagle dociera do mnie, że to nie był jeden moment, tylko proces. To dopiero początek, bo pierwsze dni to był szok i wszystko działo się szybko. Byli lekarze, badania i ludzie wokół, a potem przyszła cisza. Ta cisza jest trudniejsza niż sam wypadek, bo już nie walczę o to, żeby przeżyć, tylko muszę zdecydować, jak chcę żyć. Zaczyna się codzienność i każda czynność jest wyzwaniem. Przesiadanie się, siadanie, utrzymanie równowagi i ogarnięcie wózka wymagają wysiłku. Widzę, że mam dwie drogi, albo wchodzę w to i próbuję, albo zaczynam unikać. Unikanie jest podstępne, bo zawsze znajdzie się powód, żeby coś odłożyć. Mówię sobie, że jeszcze nie teraz albo że ktoś zrobi to szybciej za mnie. W ten sposób oddaję swoją niezależność kawałek po kawałku. Pilnuję jednej zasady i jeśli mogę coś zrobić sam, to robię to sam, nawet jeśli trwa to dwa razy dłużej. To jest inwestycja, która na początku boli, ale później procentuje. W relacjach widzę, kto zostaje, a kto odpada. Kiedy stajesz się niepełnosprawnym na początku wszyscy są blisko, ale z czasem życie wraca do normy i nie każdy potrafi być obok. Niektórzy się wycofują, a inni zaczynają traktować mnie jak kogoś do opieki. Muszę stawiać granice i zatrzymywać sytuacje, w których ktoś robi wszystko za mnie. Jeśli ktoś traktuje mnie jak problem, odsuwam się. Zostawiam ludzi, przy których mogę być sobą. W związku pojawia się próba i nie chodzi tylko o uczucia, ale o codzienność i zmianę ról. Nie udaję, że wszystko jest w porządku, tylko mówię wprost, że nie wiem, jak to będzie, ale chcę spróbować. Nie uzależniam swojego życia od tego, czy ktoś zostanie. To ma być dodatek, a nie fundament. Przychodzi moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, po co wstaję rano. Jeśli nie mam odpowiedzi, to jest niebezpieczne, bo człowiek bez celu szybko siada psychicznie. Szukam czegoś swojego i to nie musi być od razu wielka kariera. Może to być praca, pomaganie innym albo budowanie czegoś od zera. Ważne jest to, żebym czuł, że jestem potrzebny. Kiedy czuję się potrzebny, zaczynam żyć, a kiedy czuję się zbędny, zaczynam gasnąć. Największą walkę toczę w głowie, bo to ona podsuwa mi różne myśli. Pojawiają się zdania, że już nigdy nie będzie dobrze albo że inni mają normalne życie. Przypominam sobie, że myśli to nie fakty i nie muszę im wierzyć. Jednego dnia mam siłę, a drugiego nie mam jej wcale i to jest normalne. Liczy się to, co robię mimo tego. Trzymam się prostych rzeczy i wstaję o określonej porze, mam plan dnia, ruszam się na tyle, na ile mogę i robię jedną rzecz dziennie, która mnie rozwija. Bez tego dni zaczynają się zlewać i tracę kierunek. Wiem też, że nie wszystko ogarnę sam i korzystam z pomocy. Rehabilitacja daje mi konkret, inni ludzie po urazie dają doświadczenie, a psycholog pomaga, kiedy czuję, że mnie zalewa. Najgorsze, co mogę zrobić, to udawać, że dam radę sam, kiedy tak nie jest. Z czasem przychodzi moment, w którym coś się zmienia. Łapię się na tym, że pewne rzeczy robię automatycznie i że coś, co kiedyś było trudne, staje się normalne. Zdarza się, że śmieję się i na chwilę zapominam o tym wszystkim. Dociera do mnie, że życie dalej trwa. Nie takie, jakie było wcześniej, ale dalej moje. Na początku chciałem wrócić do tego, co było, a teraz widzę, że to niemożliwe. Mogę za to zbudować coś nowego, może inaczej i może wolniej, ale dalej sensownie. Nie ma jednego momentu, w którym wszystko się układa, tylko są codzienne decyzje, że wstaję, próbuję i się nie poddaję. Czasem to jest wszystko, na co mnie stać i to naprawdę wystarczy.

 
 
 

Komentarze


bottom of page